sobota, 17 kwietnia 2010
piątek, 9 października 2009
piatek
moj stary przyjaciel przyslal mi dzisiaj taki oto cytat:
Like everything which is not the involuntary result of fleeting emotion but the creation of time and will, any marriage, happy or unhappy, is infinitely more interesting than any romance, however passionate.
(WH Auden)
Like everything which is not the involuntary result of fleeting emotion but the creation of time and will, any marriage, happy or unhappy, is infinitely more interesting than any romance, however passionate.
(WH Auden)
niedziela, 20 września 2009
tatry solo
nagle pustkę polany chochołowskiej wypełnił dzwiek, spadł gdzieś znad mgły i wypełnił przestrzeń. minąwszy drewniana bacówkę, dostrzegłam skąd pochodził. stado podbiegało kilkanaście metrów i stawało w oczekiwaniu kolejnego okrzyku człowieka i szczeknięcia psa. a głuchy, blaszany dźwięk dzwonków towarzyszył ruchowi, ustępując co chwila okrzykom i szczekaniu. zmieniały się. ruch - bezruch, dzwonienie - okrzyk, szczekanie.
na wołowcu chmury, rzeczywistość w białe plamy. najlepiej fotografować to, co blisko.
nie dało się spieszyć na bus do palenicy, kto by się nie zatrzymał?
wtorkowy cel, rysy, zdjęcie sprzed opustoszałego schroniska przy morskimoku (bo rano, bo remont drogi).
cała prawda o rysach, od strony słowackiej podejście jak po stole.
widok na słowacką stronę, zza chmury.
z powrotem na dole :) trudno było nie potykac się o kamienie, prawdziwe powłóczenie nogami od zejścia spod czarnego stawu. ale herbata nad morskim okiem i drogą do palenicy szło się już całkiem raźnie w towarzystwie przemiłej pary z olsztyna.
widok ze szpiglasowego wierchu.
tez szpiglasowy.
z przełęczy szpiglasowej w stronę doliny pięciu stawów polskich, widać wielki, czarny i zadni; ale ten kawałek szlaku miałam juz za sobą - zejście do morskiego oka.
piątek, 31 lipca 2009
baobab
cafe baobab na koniec dnia. po drugiej stronie francuskiej, na rogu walecznych, szykuje się nowy bar kawowy. są futryny i ramy okienne z przecieranego drewna, ogłoszenia z piękną czcionką. więc nie moge sie doczekać. aktualnie szukają pieczących domowe ciasta, świetnie parzących kawę i robiących kanapki. nadawałabym się, gdyby nie to, że jestem z kosmosu. czasem przylatuję w piątkowo-wieczorne klimaty, rejony leniwych rozmów i ciepło-chłodnych wieczorów. zwykle siedzę w szklanej wiezy (moj statek kosmiczny, na pokladzie duzo jest takich jak ja ludzikow). mam kabinke na 31 pietrze i ogladam z gory swiat ziemian, samochodziki jak kolorowe pudeleczka, korony drzew jak klebki zielonej welny na patykach. inne mniejsze statki kosmiczne. mam dwa monitorki i klawiaturke. przez wiekszosc czasu jestem duchowo wglebi swiata monitorkow, czasem wygladam przez szklana sciane statku kosmicznego i patrze, co sie dzieje na zewnatrz. ale dlugo to nie trwa, bo monitorki domagaja sie uwagi - gasna i wyswietlaja latajace kwadraty, musze wtedy podejsc i przywrocic je do zycia, poglaskac. nie moge na dlugo odejsc, bo one zawsze to robia. gasna i trzeba je poglaskac. jakby byly zazdrosne.
wtorek, 21 lipca 2009
niedziela, 14 czerwca 2009
miciński i tak dalej
właściwie miciński jest ostatni, więc powinnam napisać "miciński i tak.." wcześniej? bliżej?"
wczoraj pod ciepłą lampą sypialni, przy starannie zamkniętych drzwiach do szafy, wreszcie niewybebeszeni, szanujący przestrzeń, wpadły mi w oko dwa cytaty. za micińskim, a przez michnika:
"[...] Ciekawość widza jest najohydniejszą forma kapitalizmu: pozwala partycypować w tragicznych dziejach świata bez powaznego wkładu uczuciowego i bez poczucia odpowiedzialności. Jest to rentierstwo psychiczne, które streszcza się w odcinaniu kuponów od rzeczywistości".
I drugi: "Obrzydliwy pośpiech tak znamienny dla społeczeństw totalistycznych nie jest - jak sądzę - wyrazem "młodości" czy "dynamizmu', jest to pośpiech umierającego, który wie, że ma mało czasu".
Pierwszy cytat odnieść można wprost, drugi wypełniam wspólczesna treścią - już bardziej mi właściwą.
sulistrowiczki wczoraj wreszcze prażyły się w słońcu, po czwartku i piątku wietrznych, przeplatanych. droga na przełęcz tąpadła jak zwykle piękna, z filtrowanym przez liście światłem - lubię ją chyba najbardziej. druga biegnie zboczem raduni, obok kamieniołomu i wychodzi na wielką otwarta przestrzeń - idylliczną i sielską, mnie zawsze ten widok pól, kamiennych domów i falującego krajobrazu przenosi gdzieś w przeszłość. obok okna z małym ogródkiem na parapecie, z firanką haftowaną napisem o gościach i Bogu, albo o gospodarzu, albo o porach roku - czymś takim, w tamtych domach-skorupach napis byłby pewnie po niemiecku. ale teraz w skorupie jest inna treść. po polsku. choć więcej różnic wynika z upływu czasu, znacznie więcej niż mogloby kiedykolwiek mieścić się w przestrzeni między dwoma porządkami mowy.
na herbatę i grejpfrutowe czekoladki przyszedł wujek wacek i powiedział, że czas pędzi bardzo szybko, i że nie zwalnia. miałam wrażenie, że dziwi się swojej metryce. ja się jej jeszcze nie dziwię. czasem tylko, gdy czytam biogramy pisarzy i artystów - a tam takie dziecięce daty urodzenia "1983", "1985". a przecież pisarze i artyści zawsze byli dorośli. jak to więc, z taką datą?
od czasu do czasu trzeba lecieć. świat jest taki mały i dystans do niego staje się warunkiem fizycznym, koniecznym, bezwolnie i bez wysiłku osiągniętym stanem. jaka ulga! można wszystko zlekceważyć, gapić się bezmyślnie i bujać w obłokach. wszystko z cenie biletu, razem z rozpuszczalną kawą nescafe i sypką śmietanką o specyficznym zapachu.
w czwartek rano okęcie było całe rozświetlone i pełne wyjazdów, co najmniej czterodniowa przestrzeń więcej-niż-mniej dla siebie wszystkim poprawiała nastrój. tłum utknął w czekaniu, w kolejce do teleportacji, a ja biegałam z lekko ściśniętym żołądkiem na 40 minut przed odlotem szukając jakiegoś sposobu, by nie przegapić lotu. w końcu dostałam karte pokładową niegrzecznie i bezczelnie wpychając się pod tabliczkę "chicago/toronto". potem bieg przez strefę biznes klasy, tam zawsze mniej ludzi..
wczoraj miałam mnóstwo czasu, pijany pan z melodyjnym zaśpiewem zmartwiony pytał, gdzie ma usiąść w niezbyt rozległej sali odlotów. 21.45 oslo. pierwszy raz w życiu miał lecieć. odświętnie biedny, poczciwie czerwonogęby, uparcie maskował strach wesołością. i ten melodyjny język. cała reszta doświadczonych pasażerów, hilfingerowych obieżyświatów wyraźnie odcinała się od jego poczciwości. nie mogłam się nacieszyć, że mam ubłocone spodnie i pasujący do wszystkiego kolorowy szal-koc kupiony w dżogdżakarcie. zamaskowałam się, oszukałam, a przecież jestem częścią hilfingerowego świata, może z nieco mniej zakutym łbem, ale też tylko pod pewnymi względami.
wczoraj pod ciepłą lampą sypialni, przy starannie zamkniętych drzwiach do szafy, wreszcie niewybebeszeni, szanujący przestrzeń, wpadły mi w oko dwa cytaty. za micińskim, a przez michnika:
"[...] Ciekawość widza jest najohydniejszą forma kapitalizmu: pozwala partycypować w tragicznych dziejach świata bez powaznego wkładu uczuciowego i bez poczucia odpowiedzialności. Jest to rentierstwo psychiczne, które streszcza się w odcinaniu kuponów od rzeczywistości".
I drugi: "Obrzydliwy pośpiech tak znamienny dla społeczeństw totalistycznych nie jest - jak sądzę - wyrazem "młodości" czy "dynamizmu', jest to pośpiech umierającego, który wie, że ma mało czasu".
Pierwszy cytat odnieść można wprost, drugi wypełniam wspólczesna treścią - już bardziej mi właściwą.
sulistrowiczki wczoraj wreszcze prażyły się w słońcu, po czwartku i piątku wietrznych, przeplatanych. droga na przełęcz tąpadła jak zwykle piękna, z filtrowanym przez liście światłem - lubię ją chyba najbardziej. druga biegnie zboczem raduni, obok kamieniołomu i wychodzi na wielką otwarta przestrzeń - idylliczną i sielską, mnie zawsze ten widok pól, kamiennych domów i falującego krajobrazu przenosi gdzieś w przeszłość. obok okna z małym ogródkiem na parapecie, z firanką haftowaną napisem o gościach i Bogu, albo o gospodarzu, albo o porach roku - czymś takim, w tamtych domach-skorupach napis byłby pewnie po niemiecku. ale teraz w skorupie jest inna treść. po polsku. choć więcej różnic wynika z upływu czasu, znacznie więcej niż mogloby kiedykolwiek mieścić się w przestrzeni między dwoma porządkami mowy.
na herbatę i grejpfrutowe czekoladki przyszedł wujek wacek i powiedział, że czas pędzi bardzo szybko, i że nie zwalnia. miałam wrażenie, że dziwi się swojej metryce. ja się jej jeszcze nie dziwię. czasem tylko, gdy czytam biogramy pisarzy i artystów - a tam takie dziecięce daty urodzenia "1983", "1985". a przecież pisarze i artyści zawsze byli dorośli. jak to więc, z taką datą?
od czasu do czasu trzeba lecieć. świat jest taki mały i dystans do niego staje się warunkiem fizycznym, koniecznym, bezwolnie i bez wysiłku osiągniętym stanem. jaka ulga! można wszystko zlekceważyć, gapić się bezmyślnie i bujać w obłokach. wszystko z cenie biletu, razem z rozpuszczalną kawą nescafe i sypką śmietanką o specyficznym zapachu.
w czwartek rano okęcie było całe rozświetlone i pełne wyjazdów, co najmniej czterodniowa przestrzeń więcej-niż-mniej dla siebie wszystkim poprawiała nastrój. tłum utknął w czekaniu, w kolejce do teleportacji, a ja biegałam z lekko ściśniętym żołądkiem na 40 minut przed odlotem szukając jakiegoś sposobu, by nie przegapić lotu. w końcu dostałam karte pokładową niegrzecznie i bezczelnie wpychając się pod tabliczkę "chicago/toronto". potem bieg przez strefę biznes klasy, tam zawsze mniej ludzi..
wczoraj miałam mnóstwo czasu, pijany pan z melodyjnym zaśpiewem zmartwiony pytał, gdzie ma usiąść w niezbyt rozległej sali odlotów. 21.45 oslo. pierwszy raz w życiu miał lecieć. odświętnie biedny, poczciwie czerwonogęby, uparcie maskował strach wesołością. i ten melodyjny język. cała reszta doświadczonych pasażerów, hilfingerowych obieżyświatów wyraźnie odcinała się od jego poczciwości. nie mogłam się nacieszyć, że mam ubłocone spodnie i pasujący do wszystkiego kolorowy szal-koc kupiony w dżogdżakarcie. zamaskowałam się, oszukałam, a przecież jestem częścią hilfingerowego świata, może z nieco mniej zakutym łbem, ale też tylko pod pewnymi względami.
sobota, 28 marca 2009
wiosna, wiosna
sobota, wreszcie. maria peszek awariuje z głośnika, pralka piszczy, żeby ją już otworzyć. a ja nie piszczę, choć parę powodów mam.

zrobiłam sałatę ze szpinaku. z igły widły. z emocji myśl.
dobre są takie soboty. stwierdzam, że znam wiele świetnych kobiet, z jedną dziś spędziłam poranek i zawsze sobie przypominam, kiedy rozmawiamy, jak to dobrze, że są ludzie z ciekawymi głowami, zarażający tym, co mają dobre. zamiast czymś przeciwnym.
a na saskiej kepie trzepanie dywanów, mycie okien.
i budzi się drzewo za oknem sypialni - niedługo zielona szumiąca ściana odgrodzi nas od świata na kubańskiej
wtorek, 6 stycznia 2009
z czego sie nie wyrasta
nie wyrasta sie ze strachu. mialam kilkuletnie urodziny i zaprosilam kolezanki do domu dziadkow (czyli mama mi pozwolila je zaprosic). chyba jak bylam mala, to bylam punktualna, bo nadeszla wyznaczona godzina i z przerazeniem odnotowalam, ze komplet kilkuletnich dziewczynek stoi za brama. w moim kilkuletnim mozgu pojawil sie odpowiednik mysli "deal with it", ale to bylo jeszcze na dlugo przed faza zamerykanizowania ;). wiec pojawilby sie, gdybym byla w stanie tak to nazwac, albo gdybym w ogole zakladala, ze jestem w stanie sobie z tym poradzic.
pamietam, ze z jakiegos powodu kolezanki nie mogly jeszcze wejsc ze mna do domu, bo cos nie bylo gotowe - pewnie tort albo cos innego. mama dala mi w garsc banknot i kazala wyprowadzic kolezanki na lody (zapamietalam to jako bardzo zdecydowany gest, choc jak o tym teraz mysle, to pewnie wygladalo zupelnie inaczej). bylam kompletnie zdruzgotana, choc nic sie nie stalo, a caly dramat odegral sie w mojej glowie. pamietam, ze stanelam tylem do nich, chwilke przed tym jak moje wyczekane urodziny zeszly na zly tor i wszystko nie bylo idealnie-punktualnie-z tortem. zamknelam oczy, zeby sie nie poplakac i pomyslalam, ze to najgorsze urodziny mojego zycia.
wlasnie o to chodzi. strach jest maly, jak jest sie malym. a potem jest wiekszy. i ze wszystko jest kwestia perspektywy. proporcja. i ze trzeba tak na to patrzyc. trzeba umiec spojrzec z wyprzedzeniem, tak zeby byc wiekszym od strachu.
siddartha nie bal sie nie miec niczego - co takze dowodzi geniuszu hessego, on pisze lepiej niz kafka, hi hi.
nic nie rozumiecie.
a moze cos jednak
bo kondycja ludzka podobno jest uniwersalna
zadzwiajaco malo tego podobienstwa ludzkiego widze
tak na co dzien
a moze dzieci trzeba uczyc zeby sie nie baly, wtedy nie musialyby wyrastac ze strachu? ale skad mozna wiedziec czego boja sie dzieci?
nie wyrasta sie tez z niezdecydowania, a moze to tez strach? na zdjeciu wybieram kolor okna. (zamowilismy biale :))
czwartek, 4 grudnia 2008
beznadziejna rudera, remont i rzeczy nieistotne
nie mogę zamieścić żadnych zdjęć z wesela iwony i laurence'a, bo niestety aparat przepadł w otchłaniach remontu mojej ulubionej wandy (wanda jest nasza wspólna, ale ulubiona jest tylko moja, bo wojtek dzisiaj nazwał ją beznadziejną ruderą). no właśnie a propos beznadziejnych ruder. rozpoczęliśmy remont i już w trzecim dniu wanda została nazwana beznadziejną ruderą! właściwie to pewnie wandzie dostało się za mnie, ale mnie widać wojtek postanowil jeszcze nie uraczać takim epitetem - przed nami jeszcze (co najmniej) dwa tygodnie tego szaleństwa, stąd nie należy wykluczać, że ja też zostanę beznadziejną ruderą ;) w każdym razie, życie toczy się dalej.
zaczęło się od wymiany okien. okna są trzy. i tak: w potężnym oknie balkonowym miały być dwie części (na trzy) uchylne. części uchylnych jest.. zero! niestety w umowie też rysunek nie wskazuje na uchylność jakiejkolwiek części okna (jak ocenił to fachowym okiem kolega kury grześ), tak więc uchylność okna przeminęła z momentem, kiedy przebrzmiała wojtka uwaga o uchylności okien i okej pana przyjmującego zamówienia. dalszego śladu po uchylności nie ma nigdzie w przyrodzie, w każdym razie w tej części przyrody, która mogłaby mieć wartość dowodową w procesie cywilnym. no nic. jeszcze dwa okna. okno w sypialni. okno w sypialni było wyzwaniem, ponieważ ściany są krzywe w efekcie fantazji tynkarskich socjalistycznych budowniczych południowej (gorszej, jak poinformowała nas kiedyś pewna snobka) części saskiej kępy. panowie monterzy postanowili jednak parapet dopasować do ścian zamiast do linii okna i tym samym parapet z jednej strony okna odjeżdża w widoczny sposób w głąb pokoju, po lewej jest o 3 cm szerzy niż po prawej (chyba na większe donice po lewej, na mniejsze po prawej ma się nadawać). w czasie remontu, zaznaczam, wyrównywane mają być ściany, nie linie okien, więc coś z tym trzeba zrobić... 2:0 dla firmy od okien. ale jest i trzecie okno: parapet w oknie w kuchni montowany jest nad szafką, która wypełnia dół wnęki okiennej. lewy róg parapetu (normalnie jak w mieszkaniu na alternatywy 4) jest spiłowany, żeby dało się otworzyć lodówkę.. o rany, sama w to nie mogę uwierzyć - ale tak jest, no tak jest. w każdym razie nowy parapet tez zostal spilowany, ale za duzo i wystaje spod niego jak kikut rog naszej szafki. no.
mnie krew zalała, bo już 3:0. a wojtek spokojnie i tylko pyta, co z tym da sie teraz zrobic, bo jak nic, to on nie zamierza sie denerwowac - no wlasnie - jakas beznadziejna ruderą. Pan na mnie jakies ciezkie proby zsyła, mam sie pewnie nauczyc odrozniac wazne od niewaznego. stare drzwi balkonowe sie nie uchylaly i tez bylo dobrze. kikut szafki kuchennej spiłować mają chłopaki kury, a parapet w sypialni naprawić firma od okien, którą do tego przekonywać ma grześ, a jak nie przekona to też chłopaki kury to poprawią.
i co? w zasadzie nic się nie stało, tak? ja oczywiście uważam, że można to było zrobić bez głupich błędów i tym postanowiłam zatruć sobie (i wojtkowi) dzisiejszy wieczór. demon rzeczy małych... no ale przecież nawet gościowi zrobiłam rysunek z przypisami, gdzie, co i jak ma się otwierać i uchylać! dlaczego mnie nie było przy podpisaniu (nowa praca), dlaczego nie sprawdziłam umowy (nie wiem, przeciez zrobiłam dokładny rysunek!), dlaczego nie było mnie przy montażu (chora jestem). i tak bez końca, siedzę na karuzeli dla ofiar nieodróżniania nieistotnego i niepomijania. jestem samodiagnozującym się pacjentem, który z uporem maniaka odmawia wyciągania wniosków z własnych diagnoz. pocieszam się tylko, że to powszechne choróbsko :)
zaczęło się od wymiany okien. okna są trzy. i tak: w potężnym oknie balkonowym miały być dwie części (na trzy) uchylne. części uchylnych jest.. zero! niestety w umowie też rysunek nie wskazuje na uchylność jakiejkolwiek części okna (jak ocenił to fachowym okiem kolega kury grześ), tak więc uchylność okna przeminęła z momentem, kiedy przebrzmiała wojtka uwaga o uchylności okien i okej pana przyjmującego zamówienia. dalszego śladu po uchylności nie ma nigdzie w przyrodzie, w każdym razie w tej części przyrody, która mogłaby mieć wartość dowodową w procesie cywilnym. no nic. jeszcze dwa okna. okno w sypialni. okno w sypialni było wyzwaniem, ponieważ ściany są krzywe w efekcie fantazji tynkarskich socjalistycznych budowniczych południowej (gorszej, jak poinformowała nas kiedyś pewna snobka) części saskiej kępy. panowie monterzy postanowili jednak parapet dopasować do ścian zamiast do linii okna i tym samym parapet z jednej strony okna odjeżdża w widoczny sposób w głąb pokoju, po lewej jest o 3 cm szerzy niż po prawej (chyba na większe donice po lewej, na mniejsze po prawej ma się nadawać). w czasie remontu, zaznaczam, wyrównywane mają być ściany, nie linie okien, więc coś z tym trzeba zrobić... 2:0 dla firmy od okien. ale jest i trzecie okno: parapet w oknie w kuchni montowany jest nad szafką, która wypełnia dół wnęki okiennej. lewy róg parapetu (normalnie jak w mieszkaniu na alternatywy 4) jest spiłowany, żeby dało się otworzyć lodówkę.. o rany, sama w to nie mogę uwierzyć - ale tak jest, no tak jest. w każdym razie nowy parapet tez zostal spilowany, ale za duzo i wystaje spod niego jak kikut rog naszej szafki. no.
mnie krew zalała, bo już 3:0. a wojtek spokojnie i tylko pyta, co z tym da sie teraz zrobic, bo jak nic, to on nie zamierza sie denerwowac - no wlasnie - jakas beznadziejna ruderą. Pan na mnie jakies ciezkie proby zsyła, mam sie pewnie nauczyc odrozniac wazne od niewaznego. stare drzwi balkonowe sie nie uchylaly i tez bylo dobrze. kikut szafki kuchennej spiłować mają chłopaki kury, a parapet w sypialni naprawić firma od okien, którą do tego przekonywać ma grześ, a jak nie przekona to też chłopaki kury to poprawią.
i co? w zasadzie nic się nie stało, tak? ja oczywiście uważam, że można to było zrobić bez głupich błędów i tym postanowiłam zatruć sobie (i wojtkowi) dzisiejszy wieczór. demon rzeczy małych... no ale przecież nawet gościowi zrobiłam rysunek z przypisami, gdzie, co i jak ma się otwierać i uchylać! dlaczego mnie nie było przy podpisaniu (nowa praca), dlaczego nie sprawdziłam umowy (nie wiem, przeciez zrobiłam dokładny rysunek!), dlaczego nie było mnie przy montażu (chora jestem). i tak bez końca, siedzę na karuzeli dla ofiar nieodróżniania nieistotnego i niepomijania. jestem samodiagnozującym się pacjentem, który z uporem maniaka odmawia wyciągania wniosków z własnych diagnoz. pocieszam się tylko, że to powszechne choróbsko :)
wtorek, 2 grudnia 2008
zydowskie wesele i nieobecnosc
dopiero dzisiaj pomyslalam o tym, ze cos co przezylam, wlasciwie zupelnie mnie ominelo. bieglo kolo mnie i wydarzalo sie, ludzie tanczyli, ludzie rozmawiali, ludzie modlili sie. a ja nic. jakbym stala za szybka i nic.
kiedy jechalismy z bromba, z moim kochanym bromba, bylo inaczej. jakby glowa byla inaczej ustawiona: na dostrzeganie, na zapamietywanie, na ubieranie w slowa. teraz w londynie, moja glowa bronila sie i chciala byc sama, jakby musiala jeszcze wczesniej cos zrobic, zanim moglaby znowu odzyskac swiadomosc. tylko co?
w samolocie zaczelo mnie dopadac zmeczenie i wirus, ktory wczesniej meczyl wojtka. na heathrow juz bylam chora i czulam, ze sobie z tym nie poradze, ze miasto za bardzo bedzie mnie interesowalo, zapraszalo i nie usiedze w hotelu, zeby leczyc sie ze zmeczenia i wirusa.
w sobote bylo juz zle, a raczej ja bylam zla: nie mialam sily, bolala mnie glowa, a wszystko dookola wygladalo tak, jakby juz tylko biegl czas, a reszta rzeczy w swiecie ulegla skrajnej postaci lenistwa, tkwiac w beznadziejnym bezruchu. londyn byl mokry, zimny i szary. pojechalismy do kamiennych komnat the tower. wojtek byl ciekawy, czytal i ogladal, ja za to utknelam jeszcze bardziej w swojej czasowej-bezruchowej zapadlinie, dodatkowo zupelnie zirytowana sredniowiecznym otoczeniem. spiker mamrotal cos ta piekna, spiewniejsza odmiana angielszczyzny, ktora wpedza amerykanow w kompleksy. dookola dzieci, staruszkowie i japonczycy.
przeszlismy sie nad tamiza do katedry swietego pawla, ale wstep kosztowal prawie tyle co taj mahal, wiec dalismy sobie spokoj. nie lubie placic za wizyty w kosciolach. potem w strone fleet street, pamietalam, ze na rogu jest ksiegarnia. jest, choc zajmuje juz tylko jedna druga swojej dawnej powierzchni. hmmm..
reszta dnia chorobie w ofierze, przepadla.
no i niedziela. do claridges pojechalismy taksowka, bylo zimno, a poza tym do claridges pewnie bardziej stosownie wybrac sie taksowka niz na nogach (wracalismy oczywiscie pieszo, wojtek i ja). sala byla oswietlona i gotowa, wokol chuppah - symbolizujacego dom baldahimu, rozstawiono krzesla, po jednej stronie dla mezczyzn, po drugiej dla koniet i dzieci. niewiele zrozumialam z ceremonii, wszystko dzialo sie po hebrajsku. panna mloda wygladala pieknie, w strojnej, dlugiej, bialej sukni. pan mlody w dlugiej niemal do kolan koszuli wystajacej spod surdutu z bardzo sztywnym kolnierzem, oczywiscie z mycka na glowie. wojtek w swojej wygladal bardzo gustownie. panna mloda i matka pana mlodego okrazyly go kilkukrotnie w powolnym pochodzie, ktory otworzyl wspolna czesc ceremonii. bylo duzo modlitw i blogoslawienstw, chyba siedem, a kazde z nich wyglaszal inny Rabin. podchodzili, przystajac przed mlodymi pod baldahimem, czasem kiwajac sie lekko i melorecytujac odczytywali slowa przygotowanych modlitw i blogoslawienstw. w kazdym obrzadku jest cos magicznego, a ta sila oczarowania pewnie tym silniejsza, im mniej wiemy o tym, w czym uczestniczymy.
towarzystwo bardzo bylo wytworne i milo bylo przyjrzec sie tylu pieknym kobietom. kolacja przerywana byla znow modlitwami i przemowieniami. zgodnie z tradycja, kobiety tanczyly osobno, na parkiecie po przeciwnej stronie sali niz mezczyzni. inaczej, wcale nie gorzej.
miedzy stolami krazyl wesoly, niski skrzypek, z nieco lajdacka, choc przeurocza facjata, ozdobiona blizna na lewym policzku. melodie byly takie nasze, wygrzebane z pomieszanej polsko-zydowsko-rysyjskiej historii, z Łodzi i ze sztetli. ten sam rytm miescil w sobie tyle wariantow tresci, po kilku taktach szukalismy w glowie polskich slow, ktore umykaly, a my klaskalismy i stukalismy nogami do rosyjskiej piosenki, do piosenki w jidisz. Rabini tanczyli na parkiecie dla mezczyzn, podskakujac ciagle w ciemnych surdutach i kapeluszach.
po ich wyjsciu wszystko sie zmienilo i stary swiat szybko ustapil nowemu. no moze, nie tak bardzo nowemu.. ale bylo zjawiskowo, bo na scenie pojawila sie grace jones we wlasnej osobie.
dobra, tyle na dzisiaj opowiesci. ciezkie to, bo jestem nierozpisana i ogolnie chorobowomarudna, wiec gdyby nie klawiatura, pioro by piszczalo.
dzis (i w najblizszej przyszlosci) jestem na zwyciezcow, bo na wandy wymiana okien, przemodelowujemy z wojtkiem nasza przestrzen prywatna :)
kiedy jechalismy z bromba, z moim kochanym bromba, bylo inaczej. jakby glowa byla inaczej ustawiona: na dostrzeganie, na zapamietywanie, na ubieranie w slowa. teraz w londynie, moja glowa bronila sie i chciala byc sama, jakby musiala jeszcze wczesniej cos zrobic, zanim moglaby znowu odzyskac swiadomosc. tylko co?
w samolocie zaczelo mnie dopadac zmeczenie i wirus, ktory wczesniej meczyl wojtka. na heathrow juz bylam chora i czulam, ze sobie z tym nie poradze, ze miasto za bardzo bedzie mnie interesowalo, zapraszalo i nie usiedze w hotelu, zeby leczyc sie ze zmeczenia i wirusa.
w sobote bylo juz zle, a raczej ja bylam zla: nie mialam sily, bolala mnie glowa, a wszystko dookola wygladalo tak, jakby juz tylko biegl czas, a reszta rzeczy w swiecie ulegla skrajnej postaci lenistwa, tkwiac w beznadziejnym bezruchu. londyn byl mokry, zimny i szary. pojechalismy do kamiennych komnat the tower. wojtek byl ciekawy, czytal i ogladal, ja za to utknelam jeszcze bardziej w swojej czasowej-bezruchowej zapadlinie, dodatkowo zupelnie zirytowana sredniowiecznym otoczeniem. spiker mamrotal cos ta piekna, spiewniejsza odmiana angielszczyzny, ktora wpedza amerykanow w kompleksy. dookola dzieci, staruszkowie i japonczycy.
przeszlismy sie nad tamiza do katedry swietego pawla, ale wstep kosztowal prawie tyle co taj mahal, wiec dalismy sobie spokoj. nie lubie placic za wizyty w kosciolach. potem w strone fleet street, pamietalam, ze na rogu jest ksiegarnia. jest, choc zajmuje juz tylko jedna druga swojej dawnej powierzchni. hmmm..
reszta dnia chorobie w ofierze, przepadla.
no i niedziela. do claridges pojechalismy taksowka, bylo zimno, a poza tym do claridges pewnie bardziej stosownie wybrac sie taksowka niz na nogach (wracalismy oczywiscie pieszo, wojtek i ja). sala byla oswietlona i gotowa, wokol chuppah - symbolizujacego dom baldahimu, rozstawiono krzesla, po jednej stronie dla mezczyzn, po drugiej dla koniet i dzieci. niewiele zrozumialam z ceremonii, wszystko dzialo sie po hebrajsku. panna mloda wygladala pieknie, w strojnej, dlugiej, bialej sukni. pan mlody w dlugiej niemal do kolan koszuli wystajacej spod surdutu z bardzo sztywnym kolnierzem, oczywiscie z mycka na glowie. wojtek w swojej wygladal bardzo gustownie. panna mloda i matka pana mlodego okrazyly go kilkukrotnie w powolnym pochodzie, ktory otworzyl wspolna czesc ceremonii. bylo duzo modlitw i blogoslawienstw, chyba siedem, a kazde z nich wyglaszal inny Rabin. podchodzili, przystajac przed mlodymi pod baldahimem, czasem kiwajac sie lekko i melorecytujac odczytywali slowa przygotowanych modlitw i blogoslawienstw. w kazdym obrzadku jest cos magicznego, a ta sila oczarowania pewnie tym silniejsza, im mniej wiemy o tym, w czym uczestniczymy.
towarzystwo bardzo bylo wytworne i milo bylo przyjrzec sie tylu pieknym kobietom. kolacja przerywana byla znow modlitwami i przemowieniami. zgodnie z tradycja, kobiety tanczyly osobno, na parkiecie po przeciwnej stronie sali niz mezczyzni. inaczej, wcale nie gorzej.
miedzy stolami krazyl wesoly, niski skrzypek, z nieco lajdacka, choc przeurocza facjata, ozdobiona blizna na lewym policzku. melodie byly takie nasze, wygrzebane z pomieszanej polsko-zydowsko-rysyjskiej historii, z Łodzi i ze sztetli. ten sam rytm miescil w sobie tyle wariantow tresci, po kilku taktach szukalismy w glowie polskich slow, ktore umykaly, a my klaskalismy i stukalismy nogami do rosyjskiej piosenki, do piosenki w jidisz. Rabini tanczyli na parkiecie dla mezczyzn, podskakujac ciagle w ciemnych surdutach i kapeluszach.
po ich wyjsciu wszystko sie zmienilo i stary swiat szybko ustapil nowemu. no moze, nie tak bardzo nowemu.. ale bylo zjawiskowo, bo na scenie pojawila sie grace jones we wlasnej osobie.
dobra, tyle na dzisiaj opowiesci. ciezkie to, bo jestem nierozpisana i ogolnie chorobowomarudna, wiec gdyby nie klawiatura, pioro by piszczalo.
dzis (i w najblizszej przyszlosci) jestem na zwyciezcow, bo na wandy wymiana okien, przemodelowujemy z wojtkiem nasza przestrzen prywatna :)
wtorek, 11 listopada 2008
głupota i święty mikołaj
w niedzielę byłam na freta i uslyszałam bardzo mądre kazanie. było przy okazji o rzeczach pięknych i oczywiście musiałam wycierać policzki. ksiądz powiedział, że głupotą jest niewyrastanie z dziecięcego nawyku psucia komuś zabawy, z tego odruchu, który powoduje, ze odkrywamy niespodzianki i mówimy, ze TAK NAPRAWDĘ, to święty mikołaj nie istnieje. głupotą jest zarażanie ludzi swoją frustracją, swoim cynizmem, głupotą jest dezawuowanie świata jako miejsca pozbawionego magii i radości.
warto zapamiętać, co?
świeci slońce i chyba czas na spacer po skaryszewskim. za balkonem na drzewie wciąz wisi balon kupiony pod płotem łazienek. na czerwonym tle zółty kaczor wśród kolorowych serc. do kazdego kto na niego patrzy, mówi "you're my heart". coraz mniej w nim helu (helu?) i coraz głośniej szeleści, ale mam nadzieję, że sąsiedzi jeszcze chwilkę z nim wytrzymają.
z racji, że agata po zakupie swojego nowego motoru kawasaki gdzieś na końcu Ojczyzny (dzisiaj, i chyba zawsze, z wielkiej litery :)), ciągle śpi, idę na spacer z Naleśnikiem :)
warto zapamiętać, co?
świeci slońce i chyba czas na spacer po skaryszewskim. za balkonem na drzewie wciąz wisi balon kupiony pod płotem łazienek. na czerwonym tle zółty kaczor wśród kolorowych serc. do kazdego kto na niego patrzy, mówi "you're my heart". coraz mniej w nim helu (helu?) i coraz głośniej szeleści, ale mam nadzieję, że sąsiedzi jeszcze chwilkę z nim wytrzymają.
z racji, że agata po zakupie swojego nowego motoru kawasaki gdzieś na końcu Ojczyzny (dzisiaj, i chyba zawsze, z wielkiej litery :)), ciągle śpi, idę na spacer z Naleśnikiem :)
sobota, 8 listopada 2008
gdzie jest bromba
wojtek wyjechał i od razu mi sie przypomnialo, ze ja nie. wlasciwie o tym nie zapomnialam, tylko przestalam o tym myslec. przyjelam warszawe za oczywisty punkt w przestrzeni i spiesze sie tylko z jednej strony rzeki na druga, z centrum na wolę, z przystanku do domu. reszta globu pozostaje nietknieta. tymczasem bromba hit the road i znowu jest za oceanem. rozmawialismy przez telefon i w tle slyszalam bezosobowy glos nawigacji, miedzy karolina polnocna a tennessee. w great smoky mts jest ponoc piekna jesien, a u billa i jan jak zawsze goscinnie. oni sa dla nas usosobieniem przystani, definicja domu poza domem. fajnie.
warszawa zajeta, samochod zmienil kola na zimowe, potem bieganie po korcie, szukanie butow dla babci. no a wreszcie, na koniec, kasia adamik i boisko bezdomnych. plakalam jak najprawdziwsza kate, ta bez zawodu i pracy, bez tego, co ma. dobrze zajrzec do innego swiata.
w domu na zwyciezcow zrobilo sie zupelnie janyszkowo, bo po kinie zadzwonilysmy do wroclawia uslyszec brakujaca trojke, czyli rodzicow i witka: w dobrych nastrojach, szykuja sie na niedziele w powiekszonym skladzie, wiec mama sie nagotowala, a tato naprzynosil zakupow. co robil w tym czasie mlody pozostaje tajemnica ;)
warszawa zajeta, samochod zmienil kola na zimowe, potem bieganie po korcie, szukanie butow dla babci. no a wreszcie, na koniec, kasia adamik i boisko bezdomnych. plakalam jak najprawdziwsza kate, ta bez zawodu i pracy, bez tego, co ma. dobrze zajrzec do innego swiata.
w domu na zwyciezcow zrobilo sie zupelnie janyszkowo, bo po kinie zadzwonilysmy do wroclawia uslyszec brakujaca trojke, czyli rodzicow i witka: w dobrych nastrojach, szykuja sie na niedziele w powiekszonym skladzie, wiec mama sie nagotowala, a tato naprzynosil zakupow. co robil w tym czasie mlody pozostaje tajemnica ;)
niedziela, 2 listopada 2008
niedziela, niedziela!
Miałam smutny sen, ale po otwarciu oczu było juz lepiej. Nad głową jasny sufit sąsiadów, obok bromba jeszcze zaspany po wczorajsze pobudce na przedkorkowy wyjazd do Babci (rodzinna akcja znicz). Zza oparcia kanapy dobiegały dźwięki mataraca ugniatanego pod ciężarem witka. na chwile zniknęłam w łazience i świat salonu wyglądał już inaczej. obudził się telewizor (niefajne), ale na kuchennym blacie parowała kawa (bardzo fajne).
po przepracowanym tygodniu litościwiej podchodzę do pory wstawania, ale czas wydaje się skurczony, szybszy. "o matko, już listopad, jak to się stało, przed chwilą był lipiec", powiedziałam wczoraj do agaty. właściwie nie wiem, co to za różnica, czy biegnie szybko, czy wolno. wszystko mamy w głowach, cały zasób wymyślonych trosk. po co martwić się o czas?
w niedziele ma się rozciągać w nieskończoność.
po przepracowanym tygodniu litościwiej podchodzę do pory wstawania, ale czas wydaje się skurczony, szybszy. "o matko, już listopad, jak to się stało, przed chwilą był lipiec", powiedziałam wczoraj do agaty. właściwie nie wiem, co to za różnica, czy biegnie szybko, czy wolno. wszystko mamy w głowach, cały zasób wymyślonych trosk. po co martwić się o czas?
w niedziele ma się rozciągać w nieskończoność.
sobota, 1 listopada 2008
ostrzeżenie mamy kaczki
ostrzegała mnie mama kaczka (brak wielkich liter nie jest bynajmniej oznaką braku szacunku, tylko potrzeby estetycznej), że jak przestanę pisać, to potem będzie trudniej się zebrać, więcej będzie do nadrobienia.
miała rację. ale chyba nie będę nadrabiać. wrzucę tylko kilka zdjęć z wizyty adama w warszawie. przechadzaliśmy się po starej pradze.
poniedziałek, 29 września 2008
hesja
parę razy wystawiałam twarz do slońca, żeby poczuć jak miło grzeje mi skórę, choć wiedziałam, że juz nie opala. świeciło z boku, nad głową miałam poszarzałą już od deszczy markizę, wokół zieleń, stwórcę miejskich przydomowych ogródków.
w księgarni poprosiłam grzęznącą w gardle niemiecczyzną o hessego. mieli, oczywiście. postanowiłam w końcu się odważyć, narazić się na codzienny widok okładki z hermetycznie jeszcze zamkniętym dla mnie tekstem, który tyle dla mnie znaczy. das glassperlenspiel.
i poznałam pewną kobietę. choć widziałam ją juz wcześniej kilka razy, nie wiedziałam, że jest taka piękna. spacerowałyśmy po lesie, światło migotało, korzystałyśmy z chwilowej separacji od męskich głosów.

prosty koniec tygodnia, bez pretensji i oczekiwań, daleko od domu: znowu, wreszcie. (nawet nie bałam się lecieć, poczułam nawet dawną radość przy starcie, kiedy fotel pcha mnie do przodu i coraz mocniej czuję kazdy kawałek pleców.) bez większych potrzeb poza wzajemnym towarzystwem. no i z pyszną kuchnią.
w księgarni poprosiłam grzęznącą w gardle niemiecczyzną o hessego. mieli, oczywiście. postanowiłam w końcu się odważyć, narazić się na codzienny widok okładki z hermetycznie jeszcze zamkniętym dla mnie tekstem, który tyle dla mnie znaczy. das glassperlenspiel.
i poznałam pewną kobietę. choć widziałam ją juz wcześniej kilka razy, nie wiedziałam, że jest taka piękna. spacerowałyśmy po lesie, światło migotało, korzystałyśmy z chwilowej separacji od męskich głosów.
prosty koniec tygodnia, bez pretensji i oczekiwań, daleko od domu: znowu, wreszcie. (nawet nie bałam się lecieć, poczułam nawet dawną radość przy starcie, kiedy fotel pcha mnie do przodu i coraz mocniej czuję kazdy kawałek pleców.) bez większych potrzeb poza wzajemnym towarzystwem. no i z pyszną kuchnią.
Subskrybuj:
Posty (Atom)